Relacja z trybun: Nafciarze w Transylwanii
Buna ziua! Ladies and gentleman, Mesdames et Messieurs, Panie i Panowie - po dłuższej przerwie wracamy do cyklu "Relacje z trybun"!
Od poprzedniego wpisu tego rodzaju, trochę wody w Wiśle upłynęło... Sporo się pozmieniało tak w samym klubie, jak i wśród naszej kibicowskiej braci (no wiecie - większe brzuchy, bardziej widoczne zmarszczki itp.). Uznaliśmy, że pierwszy od jakichś dwóch lat zagraniczny wyjazd* to najlepsza z możliwych okazji aby znów przypomnieć o swojej obecności na stronie fanów płockiej rzucanej.
Jak w Hitonie
O tym, że wyjazd do oddalonej o około 1200 kilometrów Resity będzie należał do ciekawych, wiadomo było na długo przed jego organizacją. Pamiętając o "przygodach" Nafciarzy sprzed trzech (a może czterech?) lat na szlaku do Bukaresztu, nie jechaliśmy bez obaw. W sumie nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Z drugiej strony podróż w tamte tereny przywoływała też wspomnienia z wyjazdowej wycieczki do położonego nieopodal rumuńskiej granicy węgierskiego Szegedu, która obfitowała za to w mnóstwo przezabawnych sytuacji.
Ostatniej weekendowej wyprawie zdecydowanie bliżej do tego drugiego wyjazdu. Obyło się bez przykrych niespodzianek, za to śmiechu było co nie miara. Ale nie mogło być inaczej, skoro do fajnego, wygodnego autokaru wsiadły w piątkowe przedpołudnie 22 sympatyczne i odpowiednio wyposażone osoby.
Na samej górze szczelnie wypakowanych toreb podróżnych niemal wszyscy ulokowali "papucie", tak jak sugerował Wujek Dobra Rada. Przydały się, bo i zapachów nieprzyjemnych raczej się nie odczuwało, a i przy okazji okazało się, że owe papucie znakomicie nadają się do tzw. "Angielki", którą ćwiczyliśmy parokrotnie.
Z innych dodatkowych wyposażeń nie można pominąć bogatej kolekcji filmów i meczów, na które spoglądaliśmy przez parę(naście?) ładnych godzin. Niektórzy czuli się zawiedzeni, że na ekranie nawet na moment nie pojawiały się żadne "fikołki", za to fani polskiej komedii byli w siódmym niebie.
Jedna wielka komedia zaczęła się na dobre w Tuszynie za Łodzią, gdzie dostrzegliśmy obrazek, który po prostu rzucił nas na łopatki. Nie będziemy się rozpisywać, po prostu zajrzyjcie na stronę: www.targowisko-tuszyn.pl. Ktoś może napisze, że nie powinniśmy o tym wspominać, że znów prowokujemy itd. "Widzę to, co widzę i w ogóle się nie wstydzę/ Niech się wstydzi ten co robi, nie ten co widzi" - odpowiadamy cytatem z Pana Kazimierza.
Wracając do wyposażenia... Z dobrej strony wykazała się na tym polu również firma przewozowa. Autokar naprawdę wygodny, kierowcy co prawda przyzwyczajeni raczej do podróży na trasie Częstochowa-Licheń-Częstochowa, ale z czasem się rozkręcili. :-) Poza tym DVD, dostęp do wrzątku i kibelka - prawie jak w Hiltonie!
Powódź, dacia, lei...
Po pysznej kolacji gdzieś w okolicach Cieszyna (jeszcze po polskiej stronie), nic nie zapowiadało zbliżających się kłopotów. I nie chodzi tu o to, że złapaliśmy gumę, komuś zginęły papucie albo skończyła się kasa. Stało się coś znacznie gorszego - nasz wucet się zapchał! Cała wycieczka pogrążyła się w zadumie, odstawiła na bok alkohol wszelkiej maści (serio!) i zamarła z pytaniem na ustach - "co dalej z nami będzie?". Powodzi na szczęście udało się uniknąć, gdzieś na Słowacji sytuacja została opanowana.
Jazda słowackimi drogami uświadomiła nam, że narzekać na polskie drogi naprawdę nie wypada... Po przejechaniu terytorium naszych południowych sąsiadów dotarliśmy na Węgry. Tuż po przekroczeniu granicy zatrzymujemy się na fajka, ot taki ukłon w kierunku nałogowców. Parę osób znalazło też chwilę aby porobić sobie pamiątkowe foty i zaznaczyć swoją obecność na madziarskiej ziemi głośnym "Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasza Wisła gra".
Więcej grzechów z naszego przejazdu przez kraj kwitnącego salami nie pamiętam, bom spał. Wyrwany ze snu zostałem dopiero na granicy węgiersko-rumuńskiej, kiedy to do autokaru władowali nam się smutni panowie w granatowych mundurach, którzy przyszli sprawdzić dokumenty tożsamości. Szczęściem obyło się bez nerwowych poszukiwań, wszyscy bez problemu okazali dowodziki i mogliśmy ruszyć dalej.
Rumunia przywitała nas gęstą mgłą niczym wykupowany przez nas jeszcze w Cieszynie żurek. Świata nie było widać! Dopiero wraz z upływającym niemiłosiernie czasem na horyzoncie zaczęły się pojawiać lasy, pola, pastwiska i zwierzęta - kura, kaczka... drób. W końcu zatrzymaliśmy się w bliżej nieokreślonej mieścinie aby dokonać jakichś zakupów w otwartym już spożywczaku. Wzbudzaliśmy spore zainteresowanie, wysiadających z coraz to innych dacii (tak to się pisze?), ład i innych wardburgów, klientów.
Wizyta w sklepie przynosi cenne lekcje - od tej pory wiemy, żeby pilnować się w sklepach, bo można zostać ładnie wyrolowanym. Dość powiedzieć, że jednemu z wyjazdowiczów ekspedientka zamiast reszty wydała... cukierka! Na dodatek żółtego - nic dziwnego, że poziom cukru od razu skoczył. :-) W czasie, gdy jedni wydawali rumuńskie leie, inni zastanawiali się czemu jeszcze nie zobaczyli białych niedźwiedzi.
Ale to, że Rumunia to nie Przystanek Alaska przekonaliśmy się już po przyjeździe do Resity, w której wylądowaliśmy około godziny 8:00 miejscowego czasu. Już wtedy było w miarę ciepło, a z czasem temperatura jeszcze rosła. W południe było 16 stopni, toteż niektórzy śmiało mogli paradować po ulicach na krótki rękaw.
Brawo ten pan
Panowie kierowcy zostawili nas pod halą z bębnami i całym asortymentem, sami zaś udali się do hotelu na drzemkę. My w tym czasie mieliśmy sporo wolnego czasu do meczu. Był więc czas na zwiedzanie okolicy. Nie zapuszczaliśmy się w sąsiadujące z halą osiedle mieszkalne, nie wyruszyliśmy też na szczyt pewnego wzgórza, gdzie ulokowano wielkie koło zębate z napisem RESITA. Przeszliśmy się za to placu, okolicznych knajpkach i sklepach. Na moment zajrzeliśmy też do hotelu okupowanego przez naszą drużynę. Z grajkami nie dane nam było się spotkać, przed wejściem widzimy za to jednego z pracowników klubu, który - bardzo zajęty rozmową z jakimiś panami - najpewniej przypadkiem nie powiedział w naszym kierunku ani "Dzień dobry" ani "Pocałujcie mnie w d...".
Poszliśmy więc dalej, aż w końcu trafiliśmy na Pizzerię u Andy'ego. Jak się okazało po wejściu do środka, była to knajpa fanów Resity. Na ścianach zdjęcia piłkarzy i koszulki z ich autografami - fajna sprawa. Gospodarzy na miejscu jeszcze nie było, zajęliśmy więc miejsca przy stolikach i przystąpiliśmy do konsumpcji.
Szło nam tak dobrze, że w lokalu zabrakło... wszystkiego! Uroczej Dianie, która nas obsługiwała pomagaliśmy nosić beczki z piwem. Po chwili pojawił się 140-centymetrowy dostawca szynki i pomidorów w czerwonych spodniach, gumiakach i czapce made in Syberia. Stwierdziliśmy, że to chyba jest ten Andy, właściciel knajpy. Po zjedzeniu pizzy i wypiciu kilku rodzajów tamtejszych piw (Ursus rządzi!) musieliśmy się zawijać, bo adorowana przez jednego z wyjazdowiczów Diana chyba wezwała po pomoc. Pojawił się "Teściu", więc to był ten czas...
Zbliżała się godzina meczu, czas ruszyć pod halę. Na środku placu podchodzi do nas ktoś w podobie żandarma/milicjanta/ochroniarza, który opowiada nam chwilę o naszym wejściu na halę, biletach, dopytuje o nasz powrót do Polski etc. Prowadzi nas pod halę, pod którą ustawiła się już całkiem spora grupa miejscowych.To był dobry moment, żeby się przedstawić. Okrzyki „Jesteśmy zawsze tam...” czy „Wisła, Wisła...” odbijały się od pobliskich bloków i hali.
Potem niespodzianka. Oficjalna strona internetowa klubu informowała, że na halę w Resicie grupa kibiców z Płocka wejdzie za darmo. Na miejscu, osoba, która figuruje jako pracownik klubowego marketingu pyta wyjazdowicza organizującego wyjazd czy płacimy teraz czy później. Osiem euro za sztukę (mimo, że bilety miejscowi kupują po 5 lei czyli polskich 5 złotych). Bohdan Łazuka zaśpiewałby w tym momencie: „Brawo Polonia, brawo ten pan.”
A na meczu...
W końcu jednak wchodzimy zgodnie z tym co ogłaszała oficjalna. W międzyczasie miejscowi zapraszają nas na pomeczowe piwko, na co przystajemy.
Hala zrobiła na nas średnie wrażenie, ale tak to jest jak się przeniosło do 5,5-tysięcznika.
Jedna duża trybuna na niecałe 1700 miejsc, po drugiej stronie ławki rezerwowych, a nad nimi... coś na kształt lustra/szyby. Przeglądać mogliśmy się cały mecz, ale zamiast tego woleliśmy zagrzać naszych pupili do walki. Śpiewy rozpoczęliśmy już przed meczem, w czasie zawodów mnóstwo trąbek i bębnów miejscowych skutecznie nam przeszkadzało. Mimo to czasem udało nam się przebić, podobno było nas słychać. Jeśli tak to znaczy, że chyba nie było źle.
Na pewno jednak mogło być lepiej, podobnie zresztą jak na parkiecie, ale to już temat na oddzielny rozdział. Drużyna, chyba jeszcze nie do końca rozbudzona, zaprezentowała się przeciętnie. Nie ukrywajmy - po przejechaniu tylu kilometrów liczyliśmy na więcej...
Wróćmy na trybuny. Miejscowi wystawiają ok. 50-osobowy młyn, prowadzą typowy dla tego rejonu Europy doping – krótkie okrzki, przeplatane bębnami i trąbkami. Taki typ węgierski.
My na sektorze w 22 osoby z dwoma bębnami, niestety bez flag, a szkoda, bo miejscówka na powieszenie choćby jednej była bardzo dobra.
Ku naszemu zaskoczeniu, w hali pojawia się jeszcze jedna, pięcioosobowa grupka Polaków, w tym dwóch w barwach Wisły. Nie siadają jednak z nami. Nie wiemy kto to był ani skąd przybył. Może tajemniczy goście zajrzą na tę stronę i się ujawnią.
Polsko-rumuńskie pojednanie
Po ostatnim gwizdku, mimo porażki żegnamy naszych grajków oklaskami i wychodzimy z hali. Chwila na pierwsze pomeczowe analizy, komentarze i ustalenie co robimy dalej. Plan działania był niezbędny, bo autokar miał po nas przyjechać za cztery godziny (przymusowa przerwa dla kierowców). Stanęło na tym, że... każdy robi co chce. Chodziliśmy więc grupkami do „kerfura”, gdzie – ku naszemu zaskoczeniu – można było nabyć sporo polskich produktów. Od tymbarku, po ciastka, na symbolach narodowych z banderolą kończąc. Nasze zakupy to jednak w większości lokalne wina i piwa – większość zrobiła zapasy na całą zimę. :-) W sklepie można było spotkać też parę znajomych twarzy – choćby Mortena Seiera, Larsa Madsena czy Lukę Dobelseka.
W tym czasie inna grupka wybrała się na zwiedzanie, a jeszcze inna zasiadła na ławeczce w oczekiwaniu aż coś się wydarzy.
Siedliśmy, zaczęły się śpiewy, a nawet meksykańska fala, pod którą niestety nie chciała się podłączyć pięcioosobowa grupka miejscowych moherowych beretów. Panie nie potrafiły odpowiedzieć na nasze pytanie „Gdzie jest krzyż?”, za to szczerze się do nas uśmiechały. A jeden kolega, Gwidonem nazwany, wpadł im nawet w oko.
Dużo lepsze relacje nawiązaliśmy z na oko dwuletnią Cyganeczką, która ochoczo powtarzała nasze przyśpiewki. Gdyby tylko wiedziała co niektóre z nich znaczą... :-) Ponieważ walenie w bęben wychodziło jej równie dobrze, co śpiewanie płockich przyśpiewek, w nagrodę dostała od nas kilka upominków. Na koniec naszej posiadówki upewniliśmy się jeszcze, czy nasza mała koleżanka opanowała proponowany materiał. Egzamin zdany celująco, więc mogliśmy iść dalej. Trafiliśmy do jednej knajpki, potem do drugiej, w końcu dotarliśmy do znanej już nam dobrze pizzerii Andy’ego, gdzie impreza trwała w najlepsze... Lokal wypełniony Polakami i Rumunami bawił się aż miło.
Dopiero po chwili zorientowaliśmy się, że do lokalu nie dotarł z nami Romek, kolega Gwidona. Znalazł się dopiero później, w towarzystwie Serba mieszkającego w Resicie o imieniu Kornel. Oj długo i dobrze będziemy wspominać tego pana. Prawie tak dobrze jak on wspominał Lecha Wałęsę i... Vukasina Rajkovicia. „Dobor gracz” – stwierdził.
Potem już tylko czas na pożegnania i wracamy do domu. Ok. 17-tej ładujemy się do bolidu, który tym razem zmienia trasę. Nie wracamy już przez Szeged, kierujemy się bardziej na wschód, a do Polski wjeżdżamy na Podkarpaciu. Tempo mamy bardzo dobre, dlatego za Radomiem znaleźliśmy sporo czasu na śniadanko.
W Płocku meldujemy się około 11-tej, czyli dużo wcześniej niż zakładaliśmy.
Weekend zaliczamy do zdecydowanie udanych. Pozostaje mieć nadzieję, że Nafciarze w najbliższą sobotę zaprezentują się lepiej na parkiecie nowej hali i pokonają gości z Rumunii przynajmniej pięcioma bramkami. Ciekawe gdzie będzie nam dane wybrać się w kolejnej pucharowej rundzie... Do zobaczenia! AVE WISŁA!
*w ubiegłym roku na meczu z Haukarem, na wyspie gejzerów pojawili się tylko oficjele.
Tylko zalogowani użytkownicy mogą pisać komentarze
- 1
- Multimedia
- Doping z meczu Wisła Płock - THW Kiel

- 2
- Głosowanie
- Wybierz zawodnika meczu Wisła - Vive
- 3
- Kibice
- Kibice jadą do Kielc
- 4
- Galeria
- MMTS Kwidzyn - Wisła Płock (17 zdjęć)
- 5
- Typer
- Finał Mistrzostw Polski




Christian Spanne
42% głosów

- Strona istnieje od 2962 dni
- Użytkowników online: 0
- Gości online: 30
- Newsów w serwisie: 1623
- Zarejestrowanych użytkowników: 1702
- Najnowszy użytkownik: CZUWAJ


| 1. | Vive Kielce | 42 | 803-547 |
| 2. | Wisła Płock | 34 | 662-566 |
| 3. | MMTS Kwidzyn | 30 | 624-586 |
| 4. | Stal Mielec | 27 | 646-629 |
| 5. | Azoty Puławy | 24 | 575-572 |


| 1. | Michał Kubisztal | 125 |
| 2. | Christian Spanne | 75 |
| 3. | Kamil Syprzak | 73 |
| 4. | Muhamed Toromanović | 63 |
| 5. | Bostjan Kavas | 58 |

Gadżety (8)
Typer 2011/12 - klasyfikacja (31)
Typer 2011/12 - podsumowanie. (0)
Typer: FINAŁ MP (12)
Giełda (116)
Wlepki (0)
Transfery (14)














naftowy
To sie rozpisaliśta ;d
NIMNUL
to i tak wszytko w pigułce :)
naftowy
Ale fajnie sie czyta ;)
ForestZks
no fajny wyjazd z tego co przeczytałem
Damian
No i good:)
Nafu
Co za relacja!!! Szacunek
Tylko Wisła
Fakt, relacja przednia i dobrze sie ja czyta. Mam nadzieje, ze jednak czesciej beda sie ukazywaly relacje z trybun.
chala8
Respect!!!
Nie no relacja zajebista !! Wielki szacun dla tego co to pisał!! Oby z każdego wyjazdu (nawet polskiego) była taka śmieszna , miła relacja wycieczki :)
Pozdro
JohnyN
Tych pięciu z czego 2 w barwach to chyba ekipa lotnicza, która też się wybrała z Płocka :) :)
chala8
Ej na zdupy.pl pochwalili autora tego tekstu !! Pozwolę sobie wkleic cytat i link .WIem że lipny portal ale warto wiedzieć że nas chwalą (kibiców) !!! Oby tak dalej!
http://zkontry.pl/?p=8214
"na innych stronach pojawiają się perełki. Teksty długie, zabawne, fajnie napisane. Piszemy to wszystko dlatego, że taki właśnie artykuł został ostatnio wrzucony na stronę www.nafciarze.pl.To relacja z wyjazdu kibiców Wisły na mecz z Resitą. Jeśli jeszcze jej nie przeczytaliście, zróbcie to jak najprędzej. Naprawdę warto."
"Wszyscy kibice prowadzący strony swoich ukochanych drużyn – wydrukujcie sobie ten tekścik i powieście nad komputerem. Następnie czytajcie kilka razy dziennie, wtedy po jakimś czasie Wasz poziom pójdzie mocno w górę."
Pozdro:]
Zuro
Bardzo fajna relacja. Oby takich więcej. :)
landryn
www.targowisko-tuszyn.pl
O ja je.ie! Wenta-box - największy bazar w Europie! Hahahaha :D
arturmisiek1
wielki szacun dla was kibole ze tam byliscie szkoda ze z wami nie bylem
zimny934
Wenta-Box rządzi! Hehe dobre. Czemu się nie pochwalił, że oprócz trenerki jest też światowej sławy biznesmenem:)