
Echa sezonu 2003-2004
GAZETA WYBORCZA (mecz finałowy)
To był mecz godny finału mistrzostw Polski. Po niesamowitej walce piłkarze ręczni Wisły pokonali w Płocku Vive 31:30 i to oni zostali mistrzem Polski. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego: kielczanie mistrzostwo Polski przegrali już wcześniej, we własnej hali
Przed sobotnim popołudniem w Płocku sytuacja była jasna. Kielczanie musieli wygrać, żeby obronić mistrzowski tytuł, Wiśle wystarczał remis. Ale liczyć na remis w takim spotkaniu to prawie samobójstwo. Dlatego było pewne, że obie ekipy zrobią wszystko, by wygrać.
Szczęście przy Wiśle
Atmosfera w wypełnionej do ostatniego miejsca hali Chemika była niesamowita. Komplet publiczności czekał na najważniejszy mecz sezonu grubo ponad godzinę przed spotkaniem. Kibice obu drużyn - nieprzepadający przecież za sobą - stworzyli fantastyczną atmosferę. Nie brakowało niczego, by spotkanie określić najlepszym pojedynkiem sezonu.
Można się było spodziewać, że to będzie gra nerwów. Rozpoczęli ją miejscowi kibice, którzy jeszcze przed spotkaniem założyli koszulki z napisem "Wisła Płock. Mistrz Polski 2003/04". Stoicki spokój próbował zachować Bogdan Kowalczyk, trener Wisły, który po czerwonej kartce przed tygodniem w Lubinie musiał to spotkanie oglądać z trybun. Ale w czasie spotkanie i jemu puszczały nerwy.
Można się też było spodziewać, że płocczanie będą indywidualnie pilnowali Karola Bieleckiego, bo taka była ich recepta na sukces w poprzednich trzech wygranych w tym sezonie pojedynkach z Vive. Dlatego kielczanie rozpoczęli z aktywną grą skrzydłowych, przede wszystkim Roberta Nowakowskiego, który często gościł na kole. Już na początku meczu próbkę umiejętności pokazali obaj bramkarze: Artur Góral i Rafał Bernacki. Jednak bohaterem pojedynku był Karol Bielecki. Rozgrywający Vive pokazał, że potrafi uwolnić się spod opieki obrońców, a jego koledzy z drużyny pokazali, że potrafią mu w tym pomóc. To właśnie głównie dzięki bramkom Bieleckiego (i jego rzutom karnym) kielczanie toczyli nie tylko wyrównany bój z gospodarzami, ale po kilku minutach wyszli na prowadzenie. W 12. minucie Vive wygrywało 7:5, a do tego Jarosław Tkaczyk obronił rzut karny Bartosza Wusztera. Kielczanie mogli wygrywać wyżej, ale gracze Wisły mieli niesamowite szczęście. O ile bowiem po rzutach gości piłka trafiała prosto w ręce miejscowych graczy, to niemal każda akcja Wisły kończyła się golem. Gospodarze zdobywali bramki nawet w nieprawdopodobnych sytuacjach, gdy wszyscy już myśleli, że piłka wyjdzie poza boisko, padnie łupem gości albo sędziowie przerwą akcję.
Jak przewaga, to w osłabieniu
I właśnie sędziowie stali się za chwilę negatywnymi bohaterami spotkania. Kontrowersyjne wykluczenia kieleckich graczy spowodowały, że dwukrotnie po niemal dwie minuty Vive grało bez dwóch zawodników. Przy tak wyrównanym poziomie taka strata to przepaść. Na to tylko czekali płocczanie, którzy grając z taką przewagą, momentalnie nie tylko odrobili straty, ale zdobyli trzy gole z rzędu i w 24. minucie wygrywali 13:11. - Patrząc wtedy na to co działo się na boisku, byłem przekonany, że tego meczu nie mamy prawa wygrać - opowiadał później Bertus Servaas, prezes Vive.
Miał prawo się irytować, bo kielczanie grali naprawdę dobry mecz. Zwłaszcza fenomenalny Bielecki i świetny Robert Nowakowski, który w ważnych momentach zdobywał kolejne gole. Niestety, do tego poziomu nie dostroili się pozostali rozgrywający - w całym meczu ze środka i prawego rozegrania padła tylko jedna bramka! Mecz nie stał na wysokim poziomie, ale wszystkie braki nadrabiała niesamowita walka.
Koncert Karola
Tuż po zmianie stron Wisła wygrywała już 18:14, a cztery bramki w tym meczu wydawały się dużą przewagą. Wystarczyło jedynie kilka minut, by kielczanie zniwelowali różnicę do jednego gola. Gracze Vive świetnie bronili, wymuszając na rywalu błędy w ataku. Doskonały mecz rozgrywał Nowakowski, jednak w ataku pozycyjnym nic się nie zmieniało. Dzięki kolejnej grze z przewagą dwóch graczy gospodarze znów odskoczyli na dwie bramki - mogli i wyżej, ale Tkaczyk obronił karnego Tomasza Palucha. Chwilę później karnego nie wykorzystał Bielecki, jednak gorsze było to, że grając kilkadziesiąt sekund z przewagą dwóch zawodników kielczanie nie umieli tego zdyskontować.
Kwadrans przed końcem przypomniał o sobie Bielecki. To dzięki jego bramkom - oraz bardzo dobrym interwencjom w bramce Tkaczyka - kielczanie szybko doprowadzili do remisu. Determinacją i zaangażowaniem graczy obu drużyn można było obdzielić kilka ligowych pojedynków. Do tego sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, bo po trzech kolejnych golach Wisły trzema trafieniami odpowiedzieli kielczanie. Gospodarze mieli problemy z obroną Vive, podwyższenie strefy pod Damiana Wleklaka okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie do powstrzymania w Wiśle był natomiast skrzydłowy Adam Wiśniewski, skuteczny zwłaszcza po przerwie był Michał Zołoteńko, a ważne gole zdobywał Paluch.
Cztery razy Wisła
Emocje sięgały zenitu, bo niecałe siedem minut przed końcem znów był remis - 27:27. Zawodnicy obu zespołów coraz częściej popełniali błędy, gdyż zaczęli opadać z sił. Ostatnie 20 sekund cała hala obserwowała już na stojąco. Tym bardziej że zwycięstwo nie było pewne. Bielecki bowiem przechodził sam siebie atomowymi rzutami, zdobywając kolejne gole, a dwie i pół minuty przed końcem - przy stanie 30:29 dla Wisły - Paweł Sieczka przechwycił piłkę. Jednak pospieszył się chyba z kontratakiem, bo piłka zamiast do Andrzeja Bystrama trafiła w ręce Wiśniewskiego. Kilkadziesiąt sekund później kolejną bramkę zdobył Zołoteńko, a półtorej minuty przed końcem 15. (!) raz trafił Bielecki. Do końca meczu pozostało 49 sekund, gdy przy stanie 31:30 zastępujący Kowalczyka Krzysztof Kisiel poprosił o czas. Po nim długo rozgrywający akcję gospodarze stracili piłkę, ale piętnaście sekund przed końcem jedyną udaną interwencją w meczu popisał się Andrzej Marszałek, broniąc w sytuacji jeden na jeden rzut Pawła Sieczki. Nic już nie mogło się stać. Gracze Wisły do końca trzymali piłkę i już za chwilę mogli świętować trzeci w historii klubu tytuł mistrzów Polski.
Kielczanie byli zdruzgotani. Nie obronili mistrzostwa, ale wszyscy zgodnie pokreślali, że złote medale tak naprawdę nie zostały przegrane w sobotę w Płocku. O tym, że Vive zdobędzie drugi w historii srebrny medal, zadecydowały porażki z Wisłą w Kielcach. Po raz pierwszy bowiem płocczanie wygrali z kielczanami wszystkie mecze w sezonie. I były to jedyne porażki Vive w zakończonym właśnie sezonie.
Od czwartku o puchar
Okazją do rewanżu dla Vive będzie rozpoczynający się w czwartek w Kwidzynie finałowy turniej Pucharu Polski. Tego dnia o godz. 19 kielczanie zagrają z Olimpią Piekary Śląskie, a dwie godziny wcześniej miejscowy MMTS zagra z Wisłą. Zwycięzcy tych spotkań dzień później o godz. 18 zagrają o Puchar Polski. To spotkanie będzie transmitował Polsat Sport.
Atmosfera po meczu o mistrzostwo Polski
Nie ma co zwalać winy na sędziów, którzy jeśli już się mylili, to w obie strony. Lepiej po męsku przyjąć porażkę. - Wiśle trzeba pogratulować - mówi Filip Kliszczyk z Vive. - Mistrzostwo nie przyszło im łatwo, a z przebiegu całego sezonu widać, że ten tytuł im się należał. No i wygrali z nami aż cztery razy.
Tylko nieliczni, wliczając w to kibiców i działaczy z Kielc, wierzyli, że w Płocku Vive zdoła sięgnąć po złoto. Tak jak przed ośmiu laty, w tej samej hali, przy tych samych kibicach. Tu wygrać mógł tylko jeden zespół, tylko Wisła, która choć głupio gubiła punkty ze Śląskiem, Zagłębiem czy MMTS-em, to jednak wygrywała z Vive. Tej sztuki nie dokonał nikt. Więc na jakiej podstawie kielczanie wierzyli, że tym razem będzie inaczej? Niech pozostanie to ich słodką tajemnicą.
Do tej pory kluczem do pokonania byłych mistrzów Polski było wyłączenie z gry Karola Bieleckiego. I tym razem plan taki spalił na panewce. Bo Bielecki rzucał kiedy chciał i jak chciał, i tylko raz nie wykorzystał rzutu karnego. W sumie zdobył 15 goli, 7 w pierwszej i 8 w drugiej połowie. - On miał dzisiaj bardzo dużo chęci i determinacji - odpowiadał na pytanie, dlaczego nafciarze pozostawili mu tyle swobody prowadzący Wisłę w tym meczu II trener Krzysztof Kisiel. - To było widać w każdym rzucie po prędkości, z jaką piłka leciała do bramki.
- Troszkę naszej winy w tym było rzeczywiście - dodawał Bogdan Kowalczyk, który za czerwoną kartkę w poprzednim meczu z Zagłębiem, usiadł w Płocku na ławce, tyle że prasowej. Przez cały czas starał się przekrzyczeć kibiców, często bezskutecznie. Miał przygotowane specjalne kartki z planem taktycznym, na poszczególne fragmenty meczu. - Ale akurat karteczki na Karola nie miałem - żartował rozluźniony po spotkaniu. - Nie przewidywaliśmy aż takiego z nim problemu. W pewnym momencie należało się po prostu do niego "przylepić" i wyłączyć kompletnie z grania. Nie dopuścić do rzutu i to za wszelką cenę.
Taktyka nie przyniosła efektu, ale Wisła i tak wygrała. Właściwie tylko kilka razy w pierwszej połowie można było drżeć o wynik. Gdy w 12. min Bielecki zdobył piątą bramkę z rzędu, wyprowadził Vive na prowadzenie 6:5. Jeszcze w 21. min goście prowadzili 11:10, po kolejnym golu Bieleckiego z rzutu karnego. Potem już do końca lepsi byli nafciarze, którzy największą przewagę mieli w 31. min - 18:14. I o ile w Vive grę zdominował właściwie jeden zawodnik, to w Wiśle grał cały niemal zespół. Świetnie rzucał Michał Zołoteńko, któremu kroku starali się dotrzymać Bartosz Wuszter ze skrzydłowymi Tomaszem Paluchem i Adamem Wiśniewskim.
Płocczanie grali twardo i nieustępliwie. Oni wiedzieli, co chcą osiągnąć i chyba po raz pierwszy w momencie, kiedy Vive kilka razy doprowadziło do remisu, nie zagrzały im się głowy. Tylko dalej z zimną konsekwencją parli do przodu. Kiedy ostatecznie było wiadomo, że to nasz zespół zdobędzie mistrzostwo? Gdy mniej więcej w 18. min na parkiecie brakowało dwóch ukaranych graczy z Kielc. Płocczanie zdołali w tym czasie zdobyć tylko jednego gola. A gdy w 42. min w podobnej sytuacji byli gospodarze, Artur Góral obronił karnego Bieleckiego, a Wiśniewski zdobył gola na 23:20. Goście swojej przewagi liczebnej nie potrafili wykorzystać. - Od pewnego momentu cały czas musieliśmy Wisłę gonić - mówi Radosław Wasiak z Vive. - Kosztowało nas to bardzo dużo sił. Gdybyśmy choć jeden z wcześniejszych meczów wygrali z Wisłą, dzisiejszy pojedynek byłby na nic. Tak się nie stało. Nie wygraliśmy w tym sezonie z płocczanami nic. I dlatego tytułu nie obroniliśmy.
Wszyscy są zgodni. Kluczem do mistrzostwa była nie tylko zespołowa gra, ale i dwa zwycięstwa odniesione w "jaskini lwa" w Kielcach. Vive nie mogło się już po tych ciosach podnieść z łopatek. Walczyło do końca, lecz złoto było zarezerwowane dla płocczan
Mimo to nie wszyscy kielczanie potrafią pogodzić się z sobotnią porażką, oskarżając płocczan o "załatwienie" meczu, a sędziów o stronnicze sędziowanie. O własnych słabościach nie wszyscy pamiętają albo po prostu nie chcą pamiętać. Ale taki już bywa los pokonanych. - Myślę, że dla kibiców był to bardzo ciekawy mecz - mówi smutny Radosław Wasiak z Vive. - Były emocje, była walka od pierwszej do ostatniej minuty. Przyjechaliśmy tu z wiarą w zwycięstwo. Jednakże mistrzostwo Polski przegraliśmy w Kielcach. Co należało zrobić, by wygrać? Dopiero dzisiaj zaczęliśmy grać z kontrataku. To był klucz do ewentualnej wygranej. Wisła tak robiła u nas i zdobywała łatwe bramki. My do tej pory przeprowadziliśmy może z pięć kontr. Na tyle spotkań to bardzo mało i tu był pies pogrzebany.
W Kielcach zbyt wcześnie nadmuchano mistrzowski balon. - Apetyt rósł w miarę jedzenia - tłumaczy inny gracz Vive Filip Kliszczyk. - Po naszym dość niespodziewanym zdobyciu mistrzostwa i Pucharu Polski w ubiegłym roku, wszystkim wydawało się, że jesteśmy na tyle mocni, że tytuł powinniśmy obronić. Niestety, Wisła pokazała, że z nami można wygrywać. Zrobiła to przecież cztery razy. Dzisiaj zagraliśmy niezły mecz, przeciwstawiliśmy się gospodarzom. Ale zrobiliśmy to parę spotkań za późno.
Jednym z niewielu, którzy uważali, że losy złotego medalu rozstrzygnęły się dopiero w Płocku, był zawodnik gospodarzy Bartosz Wuszter. - Wygrane w Kielcach dały nam tylko możliwość walki o tytuł przed własną publicznością - stwierdził. - To bardzo ważne. Poza tym zagraliśmy bardziej zespołowo od Vive i bramki rozłożyły się na kilku zawodników. Byliśmy mocniejsi psychicznie. Inaczej nasi rywale. Tam reszta graczy nie utrzymała poziomu, jaki prezentował Karol Bielecki.
Wuszter był jednym z wyróżniających się zawodników mistrzowskiej drużyny. Może dlatego, że spotkanie oglądała jego żona. - Spodziewamy się dziecka, Asia powinna rodzić w przyszłym tygodniu - dodał. - To był dla mnie wielki doping. Nie chciałem doprowadzać do zbytniej nerwówki, żeby nic się nie wydarzyło za szybko. Co prawda nie wykorzystałem karnego, ale to była tylko jedna wpadka.
Wypowiedzi po zakończeniu sezonu
Krzysztof Kisiel: To było najlepsze spotkanie kielczan, jakie z nami rozegrali w tym sezonie. Ktoś powiedział, że to był brzydki i brutalny mecz. Nie zgadzam się. Bo to mecz walki, decydujący o mistrzostwie. Tu nie było się nad czym zastanawiać. I jedna, i druga drużyna musiała korzystać ze wszystkich dostępnych środków, by przeciwnika zatrzymać. Ten medal zdobyłem w podwójnej roli. Najpierw jako zawodnik, bo przecież do kontuzji regularnie grałem. A teraz jako trener. Najtrudniejszy do zdobycia był ten pierwszy tytuł. Grało się wtedy trochę innym systemem. Do dziś pamiętam, jakby to było wczoraj, tamten mecz, gdy graliśmy w piątkę. To było chyba w ogóle jedno z najtrudniejszych naszych spotkań w historii. Nie pękliśmy i zostaliśmy później mistrzami.
Artur Niedzielski: Cieszę się, że urodziłem się w dobrym miejscu i czasie. Największe osiągnięcia tego klubu były zarazem moimi najlepszymi latami w życiu sportowym i prywatnym. Super, że mogłem w tym wszystkim uczestniczyć. Myślę, że najtrudniejszy do zdobycia był ten pierwszy tytuł. Wtedy w 1995 r. według niektórych było łatwo, bo wygraliśmy z Iskrą różnicą kilkunastu bramek. Ale przecież wcześniej trzeba było zwyciężyć play off i ten mecz, kiedy przez 40 min nie mieliśmy jednego zawodnika. Z tych finałowych, to był zdecydowanie najtrudniejszy pojedynek. A który tytuł bardziej cieszy? Każdy. W 2002 r. też było fajnie, podobnie dziś.
Artur Góral: Każde mistrzostwo było ciężko wywalczyć. Zdobywaliśmy je zawsze po okresie bardzo ciężkiej pracy. I jakoś tak zawsze walka trwała do ostatniego meczu. Jako zawodnik najmilej wspominam pierwszy tytuł. Niemal w każdej rozmowie, gdy spotykamy się z kolegami, którzy grają za granicą, wracamy do tamtych czasów z dużym sentymentem. Teraz nie startowaliśmy do rozgrywek z pozycji faworyta, ale całe życie podkreślam, że nie można się bronić. Zawsze trzeba walczyć do końca i na całego. No i jeszcze mieć przy tym szacunek dla przeciwnika. W tamtym sezonie zgubił nas trochę potencjał ludzki. Mieliśmy najlepszych zawodników, ale nie tworzyliśmy zespołu. Cieszę się, że teraz zdobyliśmy tytuł, a kibicom pokazaliśmy właśnie walczący zespół.
Andrzej Mokrzki: Myślałem, że Wisła wygra wyżej, że będzie to bardziej spokojny mecz. Chociaż teraz ocena meczu nie ma znaczenia. Wygrała Wisła i jest mistrzem Polski. Tylko to się liczy.
Bogdan Zajączkowski: Losy mistrzostwa ważyły się do końca. Wisła zachowała więcej zimnej krwi i chyba dzięki temu wygrała. Vive kilka razy nie wykorzystało gry w przewadze, a w takim spotkaniu liczy się każda bramka.
Bogdan Kowalczyk: Fakt, że Bielecki rzucił 15 bramek, a mimo to wygraliśmy znaczy, że wariant naszej gry był dobry. Bardzo ważne było to, że gdy kilka razy Vive doszło nas na remis, my nie pozwoliliśmy, żeby objęło prowadzenie. Fakt, mieliśmy szczęście, ale szczęście sprzyja lepszym. W naszym zespole było więcej zawodników, którzy potrafili wziąć na siebie ciężar zdobywania bramek. Jak na poziom naszej ligi, mecz stał na dobrym poziomie.
Bardzo się cieszę, bo - jak już wiele razy podkreślaliśmy - nikt na ten medal specjalnie nie liczył. Dlatego to mistrzostwo jest bardzo cenne. Dzisiaj było kilka przełomowych momentów w meczu. Najważniejsze było jednak to, że od kiedy wyszliśmy na prowadzenie, Vive nas nie przeszło. Dochodziło, ale nic ponad to. To było najważniejsze, nie dać się przejść. Cieszę się, że wygraliśmy z nimi cztery razy. Gdybyśmy przed sezonem wyszli z taką propozycją, nikt by w to nie uwierzył i grosza na takie rozwiązanie nie postawił
Aleksander Malinowski: Chciałbym wszystkim chłopakom podziękować za postawę w tym meczu. I wszystkim kibicom, którzy przyjechali z Kielc. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. Przegraliśmy dwa razy w Kielcach i to zadecydowało, że złoto poszło do Płocka. Nie chcę mówić na temat sędziów. Ale to, co robili, było dziwne. W jedną stronę za podobne zagranie był faul, w drugą dwie minuty. Jak dla nas był karny, to dla nich karny i dwie minuty. Może jakby nie było takich decyzji i nie wiadomo skąd wziętych kar, to może mecz potoczyłby się inaczej?
Edward Strząbała (były trener Vive Kielce): Nie mam wątpliwości. To był najlepszy mecz w lidze w tym sezonie. Vive zabrakło naprawdę niewiele. Kapitalnie zagrał Karol Bielecki, mimo indywidualnego krycia zdobył 15 goli. Ale nie oszukujmy się, mistrzostwo Polski przegraliśmy w Kielcach przegrywając z Wisłą dwa razy u siebie. Dzisiaj zrobiliśmy wszystko, by wygrać ten jedyny raz, ale się nie udało
Tomasz Opara (Wiceprezes Vive): Warto było przyjechać do Płocka, żeby obejrzeć taki mecz. Szkoda, że nie skończyło się jedną bramką dla nas, ale przynajmniej nasi zawodnicy pokazali ogromną wolę walki. Przegraliśmy z charakterem
Wojciech Zydroń (skrzydłowy Vive): Wisła grała u siebie i to wykorzystała. Kilka decyzji sędziowskich pomogło gospodarzom. Mimo to szkoda, wielka szkoda, że przegraliśmy, bo złoto było naprawdę blisko
Przegląd Sportowy
Przed spotkaniem
W Płocku szaleństwo przed decydującym meczem piłkarzy ręcznych. Czekanie na mistrza Polski
W męskiej piłce ręcznej rywalizacja dwóch drużyn: płockiej Wisły (kiedyś Orlen, Petrochemia) i kieleckiej Vive (Kolporter, Strzelec, Iskra) wywołuje od dawna największe emocje. I oto mistrz Polski z Kielc, zresztą 6-krotny, w sobotę o 16.30 przystąpi do decydującego o kolejnym tytule spotkania z wicemistrzem z Płocka (płocczanie zdobyli dwa tytuły, ostatni w 2002 r.). Przed rozstrzygającą kolejką ekstraklasy Wisła ma punkt przewagi nad Vive, tak więc wystarczy jej remis. Ale to rzadkość, nie rozstrzygnięty jest co 10 mecz tych rywali.
W Płocku kibice oszaleli. W środę w ciągu 20 minut sprzedano 600 biletów. 200 będzie można kupić 2 godziny przed spotkaniem. Niestety, tamtejsza hala mieści ok. 1100 widzów, a chętnych byłoby nawet 4-5 tysięcy!
W ubiegłym sezonie przed decydującym meczem w Kielcach goście mieli punkt przewagi. Płocczanie przegrali jednak wyraźnie (28:34) z podopiecznymi Aleksandra Malinowskiego i tytuł przypadł Vive. W obecnych rozgrywkach w trzech dotychczasowych potyczkach zawsze górą była Wisła (dwa razy w Kielcach). Po ostatniej porażce 17 kwietnia zwolniono trenera Daniela Waszkiewicza i znów rządzi Malinowski. Gracze Bogdana Kowalczyka przegrali tylko raz w swojej hali: 26:27 ze Śląskiem Wrocław.
- Od wtorku drużyna przygotowywała się w Spale - powiedział dyrektor Vive, Andrzej Jung. - Od piątku jesteśmy w Płocku. Wszyscy zdrowi, cała szesnastka chciałaby wystąpić, ale może tylko czternastka. O wyniku zadecyduje psychika, kto lepiej sobie poradzi z obciążeniem odpowiedzialnością.
Bogdan Kowalczyk, szkoleniowiec Wisły, podczas sobotniego meczu będzie siedział na trybunach za czerwoną kartkę z Lubina. - To żaden problem - mówi "Kowal". - Krzysztof Kisiel prowadził zespół w Kielcach, kiedy pierwszy raz wygraliśmy, a ja chorowałem. Zespół się tworzy podczas treningów. Od kilku dni ćwiczymy różne zagrania na Vive. Wszyscy są zdrowi. 24 godziny przed spotkaniem spędzimy razem w Cietrzewie pod Płockiem. Powinno być łatwiej niż w poprzednich meczach z Kielcami, bo już zrobiliśmy więcej niż należało. Chłopcom na pewno nie będą się trzęsły ręce.
Mecz finałowy
Godzinę przed meczem sezonu, decydującym o mistrzowskim tytule, maleńka hala pękała w szwach. Wchodziły już tylko VIP-y i kibice Vive Kielce do swojego sektora. Ludzie stali prawie na boisku, było gorąco jak w saunie. Spotkanie z udziałem 13 kadrowiczów niezwykle emocjonujące, ale takie sobie...
Dwóch reprezentacyjnych bramkarzy gospodarzy sparowało ledwie dziesięć rzutów. Pierwszą kontrę wyprowadzili goście dopiero w 33 min. i Robert Nowakowski zdobył bramkę. Oglądaliśmy teatr dwóch aktorów. 22-letni Karol Bielecki z Vive, chcący odejść do Magdeburga, z 19 strzałów zdobył 15 goli, mimo że od początku pilnowano go indywidualnie. Trener miejscowych Bogdan Kowalczyk, który siedział na trybunach (kara za czerwoną kartkę) i za pomocą specjalnych tabliczek przekazywał wskazówki, ciągle krzyczał: "krótko Karola". Niewiele pomagało. Bielecki od 43 min. z 10 bramek gości uzyskał 8! Klasa.
Drugi bohater wieczoru to 25-letni Michał Zołoteńko, wychowanek Sambora Tczew. W drugiej części 6 trafień (ostatnie 3 gole dla Wisły), wszystkie w najodpowiedniejszych chwilach. Często ryzykował, rzucając po kilku sekundach ataku. Gospodarze po przerwie złapali aż 5 wykluczeń 2 min., ale doskonale sobie radzili w osłabieniu. Za każdym razem zdobywali gole, raz nawet 2.
Nafciarze lepiej wytrzymali próbę nerwów, choć tak naprawdę tytuł mistrzowski (trzeci w historii) odzyskali dzięki dwóm wygranym w Kielcach. Cztery sukcesy w sezonie z Vive dobitnie potwierdzają, kto był tym razem lepszy.
To był mecz godny finału mistrzostw Polski. Po niesamowitej walce piłkarze ręczni Wisły pokonali w Płocku Vive 31:30 i to oni zostali mistrzem Polski. Wszyscy byli jednak zgodni co do jednego: kielczanie mistrzostwo Polski przegrali już wcześniej, we własnej hali
Przed sobotnim popołudniem w Płocku sytuacja była jasna. Kielczanie musieli wygrać, żeby obronić mistrzowski tytuł, Wiśle wystarczał remis. Ale liczyć na remis w takim spotkaniu to prawie samobójstwo. Dlatego było pewne, że obie ekipy zrobią wszystko, by wygrać.
Szczęście przy Wiśle
Atmosfera w wypełnionej do ostatniego miejsca hali Chemika była niesamowita. Komplet publiczności czekał na najważniejszy mecz sezonu grubo ponad godzinę przed spotkaniem. Kibice obu drużyn - nieprzepadający przecież za sobą - stworzyli fantastyczną atmosferę. Nie brakowało niczego, by spotkanie określić najlepszym pojedynkiem sezonu.
Można się było spodziewać, że to będzie gra nerwów. Rozpoczęli ją miejscowi kibice, którzy jeszcze przed spotkaniem założyli koszulki z napisem "Wisła Płock. Mistrz Polski 2003/04". Stoicki spokój próbował zachować Bogdan Kowalczyk, trener Wisły, który po czerwonej kartce przed tygodniem w Lubinie musiał to spotkanie oglądać z trybun. Ale w czasie spotkanie i jemu puszczały nerwy.
Można się też było spodziewać, że płocczanie będą indywidualnie pilnowali Karola Bieleckiego, bo taka była ich recepta na sukces w poprzednich trzech wygranych w tym sezonie pojedynkach z Vive. Dlatego kielczanie rozpoczęli z aktywną grą skrzydłowych, przede wszystkim Roberta Nowakowskiego, który często gościł na kole. Już na początku meczu próbkę umiejętności pokazali obaj bramkarze: Artur Góral i Rafał Bernacki. Jednak bohaterem pojedynku był Karol Bielecki. Rozgrywający Vive pokazał, że potrafi uwolnić się spod opieki obrońców, a jego koledzy z drużyny pokazali, że potrafią mu w tym pomóc. To właśnie głównie dzięki bramkom Bieleckiego (i jego rzutom karnym) kielczanie toczyli nie tylko wyrównany bój z gospodarzami, ale po kilku minutach wyszli na prowadzenie. W 12. minucie Vive wygrywało 7:5, a do tego Jarosław Tkaczyk obronił rzut karny Bartosza Wusztera. Kielczanie mogli wygrywać wyżej, ale gracze Wisły mieli niesamowite szczęście. O ile bowiem po rzutach gości piłka trafiała prosto w ręce miejscowych graczy, to niemal każda akcja Wisły kończyła się golem. Gospodarze zdobywali bramki nawet w nieprawdopodobnych sytuacjach, gdy wszyscy już myśleli, że piłka wyjdzie poza boisko, padnie łupem gości albo sędziowie przerwą akcję.
Jak przewaga, to w osłabieniu
I właśnie sędziowie stali się za chwilę negatywnymi bohaterami spotkania. Kontrowersyjne wykluczenia kieleckich graczy spowodowały, że dwukrotnie po niemal dwie minuty Vive grało bez dwóch zawodników. Przy tak wyrównanym poziomie taka strata to przepaść. Na to tylko czekali płocczanie, którzy grając z taką przewagą, momentalnie nie tylko odrobili straty, ale zdobyli trzy gole z rzędu i w 24. minucie wygrywali 13:11. - Patrząc wtedy na to co działo się na boisku, byłem przekonany, że tego meczu nie mamy prawa wygrać - opowiadał później Bertus Servaas, prezes Vive.
Miał prawo się irytować, bo kielczanie grali naprawdę dobry mecz. Zwłaszcza fenomenalny Bielecki i świetny Robert Nowakowski, który w ważnych momentach zdobywał kolejne gole. Niestety, do tego poziomu nie dostroili się pozostali rozgrywający - w całym meczu ze środka i prawego rozegrania padła tylko jedna bramka! Mecz nie stał na wysokim poziomie, ale wszystkie braki nadrabiała niesamowita walka.
Koncert Karola
Tuż po zmianie stron Wisła wygrywała już 18:14, a cztery bramki w tym meczu wydawały się dużą przewagą. Wystarczyło jedynie kilka minut, by kielczanie zniwelowali różnicę do jednego gola. Gracze Vive świetnie bronili, wymuszając na rywalu błędy w ataku. Doskonały mecz rozgrywał Nowakowski, jednak w ataku pozycyjnym nic się nie zmieniało. Dzięki kolejnej grze z przewagą dwóch graczy gospodarze znów odskoczyli na dwie bramki - mogli i wyżej, ale Tkaczyk obronił karnego Tomasza Palucha. Chwilę później karnego nie wykorzystał Bielecki, jednak gorsze było to, że grając kilkadziesiąt sekund z przewagą dwóch zawodników kielczanie nie umieli tego zdyskontować.
Kwadrans przed końcem przypomniał o sobie Bielecki. To dzięki jego bramkom - oraz bardzo dobrym interwencjom w bramce Tkaczyka - kielczanie szybko doprowadzili do remisu. Determinacją i zaangażowaniem graczy obu drużyn można było obdzielić kilka ligowych pojedynków. Do tego sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, bo po trzech kolejnych golach Wisły trzema trafieniami odpowiedzieli kielczanie. Gospodarze mieli problemy z obroną Vive, podwyższenie strefy pod Damiana Wleklaka okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie do powstrzymania w Wiśle był natomiast skrzydłowy Adam Wiśniewski, skuteczny zwłaszcza po przerwie był Michał Zołoteńko, a ważne gole zdobywał Paluch.
Cztery razy Wisła
Emocje sięgały zenitu, bo niecałe siedem minut przed końcem znów był remis - 27:27. Zawodnicy obu zespołów coraz częściej popełniali błędy, gdyż zaczęli opadać z sił. Ostatnie 20 sekund cała hala obserwowała już na stojąco. Tym bardziej że zwycięstwo nie było pewne. Bielecki bowiem przechodził sam siebie atomowymi rzutami, zdobywając kolejne gole, a dwie i pół minuty przed końcem - przy stanie 30:29 dla Wisły - Paweł Sieczka przechwycił piłkę. Jednak pospieszył się chyba z kontratakiem, bo piłka zamiast do Andrzeja Bystrama trafiła w ręce Wiśniewskiego. Kilkadziesiąt sekund później kolejną bramkę zdobył Zołoteńko, a półtorej minuty przed końcem 15. (!) raz trafił Bielecki. Do końca meczu pozostało 49 sekund, gdy przy stanie 31:30 zastępujący Kowalczyka Krzysztof Kisiel poprosił o czas. Po nim długo rozgrywający akcję gospodarze stracili piłkę, ale piętnaście sekund przed końcem jedyną udaną interwencją w meczu popisał się Andrzej Marszałek, broniąc w sytuacji jeden na jeden rzut Pawła Sieczki. Nic już nie mogło się stać. Gracze Wisły do końca trzymali piłkę i już za chwilę mogli świętować trzeci w historii klubu tytuł mistrzów Polski.
Kielczanie byli zdruzgotani. Nie obronili mistrzostwa, ale wszyscy zgodnie pokreślali, że złote medale tak naprawdę nie zostały przegrane w sobotę w Płocku. O tym, że Vive zdobędzie drugi w historii srebrny medal, zadecydowały porażki z Wisłą w Kielcach. Po raz pierwszy bowiem płocczanie wygrali z kielczanami wszystkie mecze w sezonie. I były to jedyne porażki Vive w zakończonym właśnie sezonie.
Od czwartku o puchar
Okazją do rewanżu dla Vive będzie rozpoczynający się w czwartek w Kwidzynie finałowy turniej Pucharu Polski. Tego dnia o godz. 19 kielczanie zagrają z Olimpią Piekary Śląskie, a dwie godziny wcześniej miejscowy MMTS zagra z Wisłą. Zwycięzcy tych spotkań dzień później o godz. 18 zagrają o Puchar Polski. To spotkanie będzie transmitował Polsat Sport.
Atmosfera po meczu o mistrzostwo Polski
Nie ma co zwalać winy na sędziów, którzy jeśli już się mylili, to w obie strony. Lepiej po męsku przyjąć porażkę. - Wiśle trzeba pogratulować - mówi Filip Kliszczyk z Vive. - Mistrzostwo nie przyszło im łatwo, a z przebiegu całego sezonu widać, że ten tytuł im się należał. No i wygrali z nami aż cztery razy.
Tylko nieliczni, wliczając w to kibiców i działaczy z Kielc, wierzyli, że w Płocku Vive zdoła sięgnąć po złoto. Tak jak przed ośmiu laty, w tej samej hali, przy tych samych kibicach. Tu wygrać mógł tylko jeden zespół, tylko Wisła, która choć głupio gubiła punkty ze Śląskiem, Zagłębiem czy MMTS-em, to jednak wygrywała z Vive. Tej sztuki nie dokonał nikt. Więc na jakiej podstawie kielczanie wierzyli, że tym razem będzie inaczej? Niech pozostanie to ich słodką tajemnicą.
Do tej pory kluczem do pokonania byłych mistrzów Polski było wyłączenie z gry Karola Bieleckiego. I tym razem plan taki spalił na panewce. Bo Bielecki rzucał kiedy chciał i jak chciał, i tylko raz nie wykorzystał rzutu karnego. W sumie zdobył 15 goli, 7 w pierwszej i 8 w drugiej połowie. - On miał dzisiaj bardzo dużo chęci i determinacji - odpowiadał na pytanie, dlaczego nafciarze pozostawili mu tyle swobody prowadzący Wisłę w tym meczu II trener Krzysztof Kisiel. - To było widać w każdym rzucie po prędkości, z jaką piłka leciała do bramki.
- Troszkę naszej winy w tym było rzeczywiście - dodawał Bogdan Kowalczyk, który za czerwoną kartkę w poprzednim meczu z Zagłębiem, usiadł w Płocku na ławce, tyle że prasowej. Przez cały czas starał się przekrzyczeć kibiców, często bezskutecznie. Miał przygotowane specjalne kartki z planem taktycznym, na poszczególne fragmenty meczu. - Ale akurat karteczki na Karola nie miałem - żartował rozluźniony po spotkaniu. - Nie przewidywaliśmy aż takiego z nim problemu. W pewnym momencie należało się po prostu do niego "przylepić" i wyłączyć kompletnie z grania. Nie dopuścić do rzutu i to za wszelką cenę.
Taktyka nie przyniosła efektu, ale Wisła i tak wygrała. Właściwie tylko kilka razy w pierwszej połowie można było drżeć o wynik. Gdy w 12. min Bielecki zdobył piątą bramkę z rzędu, wyprowadził Vive na prowadzenie 6:5. Jeszcze w 21. min goście prowadzili 11:10, po kolejnym golu Bieleckiego z rzutu karnego. Potem już do końca lepsi byli nafciarze, którzy największą przewagę mieli w 31. min - 18:14. I o ile w Vive grę zdominował właściwie jeden zawodnik, to w Wiśle grał cały niemal zespół. Świetnie rzucał Michał Zołoteńko, któremu kroku starali się dotrzymać Bartosz Wuszter ze skrzydłowymi Tomaszem Paluchem i Adamem Wiśniewskim.
Płocczanie grali twardo i nieustępliwie. Oni wiedzieli, co chcą osiągnąć i chyba po raz pierwszy w momencie, kiedy Vive kilka razy doprowadziło do remisu, nie zagrzały im się głowy. Tylko dalej z zimną konsekwencją parli do przodu. Kiedy ostatecznie było wiadomo, że to nasz zespół zdobędzie mistrzostwo? Gdy mniej więcej w 18. min na parkiecie brakowało dwóch ukaranych graczy z Kielc. Płocczanie zdołali w tym czasie zdobyć tylko jednego gola. A gdy w 42. min w podobnej sytuacji byli gospodarze, Artur Góral obronił karnego Bieleckiego, a Wiśniewski zdobył gola na 23:20. Goście swojej przewagi liczebnej nie potrafili wykorzystać. - Od pewnego momentu cały czas musieliśmy Wisłę gonić - mówi Radosław Wasiak z Vive. - Kosztowało nas to bardzo dużo sił. Gdybyśmy choć jeden z wcześniejszych meczów wygrali z Wisłą, dzisiejszy pojedynek byłby na nic. Tak się nie stało. Nie wygraliśmy w tym sezonie z płocczanami nic. I dlatego tytułu nie obroniliśmy.
Wszyscy są zgodni. Kluczem do mistrzostwa była nie tylko zespołowa gra, ale i dwa zwycięstwa odniesione w "jaskini lwa" w Kielcach. Vive nie mogło się już po tych ciosach podnieść z łopatek. Walczyło do końca, lecz złoto było zarezerwowane dla płocczan
Mimo to nie wszyscy kielczanie potrafią pogodzić się z sobotnią porażką, oskarżając płocczan o "załatwienie" meczu, a sędziów o stronnicze sędziowanie. O własnych słabościach nie wszyscy pamiętają albo po prostu nie chcą pamiętać. Ale taki już bywa los pokonanych. - Myślę, że dla kibiców był to bardzo ciekawy mecz - mówi smutny Radosław Wasiak z Vive. - Były emocje, była walka od pierwszej do ostatniej minuty. Przyjechaliśmy tu z wiarą w zwycięstwo. Jednakże mistrzostwo Polski przegraliśmy w Kielcach. Co należało zrobić, by wygrać? Dopiero dzisiaj zaczęliśmy grać z kontrataku. To był klucz do ewentualnej wygranej. Wisła tak robiła u nas i zdobywała łatwe bramki. My do tej pory przeprowadziliśmy może z pięć kontr. Na tyle spotkań to bardzo mało i tu był pies pogrzebany.
W Kielcach zbyt wcześnie nadmuchano mistrzowski balon. - Apetyt rósł w miarę jedzenia - tłumaczy inny gracz Vive Filip Kliszczyk. - Po naszym dość niespodziewanym zdobyciu mistrzostwa i Pucharu Polski w ubiegłym roku, wszystkim wydawało się, że jesteśmy na tyle mocni, że tytuł powinniśmy obronić. Niestety, Wisła pokazała, że z nami można wygrywać. Zrobiła to przecież cztery razy. Dzisiaj zagraliśmy niezły mecz, przeciwstawiliśmy się gospodarzom. Ale zrobiliśmy to parę spotkań za późno.
Jednym z niewielu, którzy uważali, że losy złotego medalu rozstrzygnęły się dopiero w Płocku, był zawodnik gospodarzy Bartosz Wuszter. - Wygrane w Kielcach dały nam tylko możliwość walki o tytuł przed własną publicznością - stwierdził. - To bardzo ważne. Poza tym zagraliśmy bardziej zespołowo od Vive i bramki rozłożyły się na kilku zawodników. Byliśmy mocniejsi psychicznie. Inaczej nasi rywale. Tam reszta graczy nie utrzymała poziomu, jaki prezentował Karol Bielecki.
Wuszter był jednym z wyróżniających się zawodników mistrzowskiej drużyny. Może dlatego, że spotkanie oglądała jego żona. - Spodziewamy się dziecka, Asia powinna rodzić w przyszłym tygodniu - dodał. - To był dla mnie wielki doping. Nie chciałem doprowadzać do zbytniej nerwówki, żeby nic się nie wydarzyło za szybko. Co prawda nie wykorzystałem karnego, ale to była tylko jedna wpadka.
Wypowiedzi po zakończeniu sezonu
Krzysztof Kisiel: To było najlepsze spotkanie kielczan, jakie z nami rozegrali w tym sezonie. Ktoś powiedział, że to był brzydki i brutalny mecz. Nie zgadzam się. Bo to mecz walki, decydujący o mistrzostwie. Tu nie było się nad czym zastanawiać. I jedna, i druga drużyna musiała korzystać ze wszystkich dostępnych środków, by przeciwnika zatrzymać. Ten medal zdobyłem w podwójnej roli. Najpierw jako zawodnik, bo przecież do kontuzji regularnie grałem. A teraz jako trener. Najtrudniejszy do zdobycia był ten pierwszy tytuł. Grało się wtedy trochę innym systemem. Do dziś pamiętam, jakby to było wczoraj, tamten mecz, gdy graliśmy w piątkę. To było chyba w ogóle jedno z najtrudniejszych naszych spotkań w historii. Nie pękliśmy i zostaliśmy później mistrzami.
Artur Niedzielski: Cieszę się, że urodziłem się w dobrym miejscu i czasie. Największe osiągnięcia tego klubu były zarazem moimi najlepszymi latami w życiu sportowym i prywatnym. Super, że mogłem w tym wszystkim uczestniczyć. Myślę, że najtrudniejszy do zdobycia był ten pierwszy tytuł. Wtedy w 1995 r. według niektórych było łatwo, bo wygraliśmy z Iskrą różnicą kilkunastu bramek. Ale przecież wcześniej trzeba było zwyciężyć play off i ten mecz, kiedy przez 40 min nie mieliśmy jednego zawodnika. Z tych finałowych, to był zdecydowanie najtrudniejszy pojedynek. A który tytuł bardziej cieszy? Każdy. W 2002 r. też było fajnie, podobnie dziś.
Artur Góral: Każde mistrzostwo było ciężko wywalczyć. Zdobywaliśmy je zawsze po okresie bardzo ciężkiej pracy. I jakoś tak zawsze walka trwała do ostatniego meczu. Jako zawodnik najmilej wspominam pierwszy tytuł. Niemal w każdej rozmowie, gdy spotykamy się z kolegami, którzy grają za granicą, wracamy do tamtych czasów z dużym sentymentem. Teraz nie startowaliśmy do rozgrywek z pozycji faworyta, ale całe życie podkreślam, że nie można się bronić. Zawsze trzeba walczyć do końca i na całego. No i jeszcze mieć przy tym szacunek dla przeciwnika. W tamtym sezonie zgubił nas trochę potencjał ludzki. Mieliśmy najlepszych zawodników, ale nie tworzyliśmy zespołu. Cieszę się, że teraz zdobyliśmy tytuł, a kibicom pokazaliśmy właśnie walczący zespół.
Andrzej Mokrzki: Myślałem, że Wisła wygra wyżej, że będzie to bardziej spokojny mecz. Chociaż teraz ocena meczu nie ma znaczenia. Wygrała Wisła i jest mistrzem Polski. Tylko to się liczy.
Bogdan Zajączkowski: Losy mistrzostwa ważyły się do końca. Wisła zachowała więcej zimnej krwi i chyba dzięki temu wygrała. Vive kilka razy nie wykorzystało gry w przewadze, a w takim spotkaniu liczy się każda bramka.
Bogdan Kowalczyk: Fakt, że Bielecki rzucił 15 bramek, a mimo to wygraliśmy znaczy, że wariant naszej gry był dobry. Bardzo ważne było to, że gdy kilka razy Vive doszło nas na remis, my nie pozwoliliśmy, żeby objęło prowadzenie. Fakt, mieliśmy szczęście, ale szczęście sprzyja lepszym. W naszym zespole było więcej zawodników, którzy potrafili wziąć na siebie ciężar zdobywania bramek. Jak na poziom naszej ligi, mecz stał na dobrym poziomie.
Bardzo się cieszę, bo - jak już wiele razy podkreślaliśmy - nikt na ten medal specjalnie nie liczył. Dlatego to mistrzostwo jest bardzo cenne. Dzisiaj było kilka przełomowych momentów w meczu. Najważniejsze było jednak to, że od kiedy wyszliśmy na prowadzenie, Vive nas nie przeszło. Dochodziło, ale nic ponad to. To było najważniejsze, nie dać się przejść. Cieszę się, że wygraliśmy z nimi cztery razy. Gdybyśmy przed sezonem wyszli z taką propozycją, nikt by w to nie uwierzył i grosza na takie rozwiązanie nie postawił
Aleksander Malinowski: Chciałbym wszystkim chłopakom podziękować za postawę w tym meczu. I wszystkim kibicom, którzy przyjechali z Kielc. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko. Przegraliśmy dwa razy w Kielcach i to zadecydowało, że złoto poszło do Płocka. Nie chcę mówić na temat sędziów. Ale to, co robili, było dziwne. W jedną stronę za podobne zagranie był faul, w drugą dwie minuty. Jak dla nas był karny, to dla nich karny i dwie minuty. Może jakby nie było takich decyzji i nie wiadomo skąd wziętych kar, to może mecz potoczyłby się inaczej?
Edward Strząbała (były trener Vive Kielce): Nie mam wątpliwości. To był najlepszy mecz w lidze w tym sezonie. Vive zabrakło naprawdę niewiele. Kapitalnie zagrał Karol Bielecki, mimo indywidualnego krycia zdobył 15 goli. Ale nie oszukujmy się, mistrzostwo Polski przegraliśmy w Kielcach przegrywając z Wisłą dwa razy u siebie. Dzisiaj zrobiliśmy wszystko, by wygrać ten jedyny raz, ale się nie udało
Tomasz Opara (Wiceprezes Vive): Warto było przyjechać do Płocka, żeby obejrzeć taki mecz. Szkoda, że nie skończyło się jedną bramką dla nas, ale przynajmniej nasi zawodnicy pokazali ogromną wolę walki. Przegraliśmy z charakterem
Wojciech Zydroń (skrzydłowy Vive): Wisła grała u siebie i to wykorzystała. Kilka decyzji sędziowskich pomogło gospodarzom. Mimo to szkoda, wielka szkoda, że przegraliśmy, bo złoto było naprawdę blisko
Przegląd Sportowy
Przed spotkaniem
W Płocku szaleństwo przed decydującym meczem piłkarzy ręcznych. Czekanie na mistrza Polski
W męskiej piłce ręcznej rywalizacja dwóch drużyn: płockiej Wisły (kiedyś Orlen, Petrochemia) i kieleckiej Vive (Kolporter, Strzelec, Iskra) wywołuje od dawna największe emocje. I oto mistrz Polski z Kielc, zresztą 6-krotny, w sobotę o 16.30 przystąpi do decydującego o kolejnym tytule spotkania z wicemistrzem z Płocka (płocczanie zdobyli dwa tytuły, ostatni w 2002 r.). Przed rozstrzygającą kolejką ekstraklasy Wisła ma punkt przewagi nad Vive, tak więc wystarczy jej remis. Ale to rzadkość, nie rozstrzygnięty jest co 10 mecz tych rywali.
W Płocku kibice oszaleli. W środę w ciągu 20 minut sprzedano 600 biletów. 200 będzie można kupić 2 godziny przed spotkaniem. Niestety, tamtejsza hala mieści ok. 1100 widzów, a chętnych byłoby nawet 4-5 tysięcy!
W ubiegłym sezonie przed decydującym meczem w Kielcach goście mieli punkt przewagi. Płocczanie przegrali jednak wyraźnie (28:34) z podopiecznymi Aleksandra Malinowskiego i tytuł przypadł Vive. W obecnych rozgrywkach w trzech dotychczasowych potyczkach zawsze górą była Wisła (dwa razy w Kielcach). Po ostatniej porażce 17 kwietnia zwolniono trenera Daniela Waszkiewicza i znów rządzi Malinowski. Gracze Bogdana Kowalczyka przegrali tylko raz w swojej hali: 26:27 ze Śląskiem Wrocław.
- Od wtorku drużyna przygotowywała się w Spale - powiedział dyrektor Vive, Andrzej Jung. - Od piątku jesteśmy w Płocku. Wszyscy zdrowi, cała szesnastka chciałaby wystąpić, ale może tylko czternastka. O wyniku zadecyduje psychika, kto lepiej sobie poradzi z obciążeniem odpowiedzialnością.
Bogdan Kowalczyk, szkoleniowiec Wisły, podczas sobotniego meczu będzie siedział na trybunach za czerwoną kartkę z Lubina. - To żaden problem - mówi "Kowal". - Krzysztof Kisiel prowadził zespół w Kielcach, kiedy pierwszy raz wygraliśmy, a ja chorowałem. Zespół się tworzy podczas treningów. Od kilku dni ćwiczymy różne zagrania na Vive. Wszyscy są zdrowi. 24 godziny przed spotkaniem spędzimy razem w Cietrzewie pod Płockiem. Powinno być łatwiej niż w poprzednich meczach z Kielcami, bo już zrobiliśmy więcej niż należało. Chłopcom na pewno nie będą się trzęsły ręce.
Mecz finałowy
Godzinę przed meczem sezonu, decydującym o mistrzowskim tytule, maleńka hala pękała w szwach. Wchodziły już tylko VIP-y i kibice Vive Kielce do swojego sektora. Ludzie stali prawie na boisku, było gorąco jak w saunie. Spotkanie z udziałem 13 kadrowiczów niezwykle emocjonujące, ale takie sobie...
Dwóch reprezentacyjnych bramkarzy gospodarzy sparowało ledwie dziesięć rzutów. Pierwszą kontrę wyprowadzili goście dopiero w 33 min. i Robert Nowakowski zdobył bramkę. Oglądaliśmy teatr dwóch aktorów. 22-letni Karol Bielecki z Vive, chcący odejść do Magdeburga, z 19 strzałów zdobył 15 goli, mimo że od początku pilnowano go indywidualnie. Trener miejscowych Bogdan Kowalczyk, który siedział na trybunach (kara za czerwoną kartkę) i za pomocą specjalnych tabliczek przekazywał wskazówki, ciągle krzyczał: "krótko Karola". Niewiele pomagało. Bielecki od 43 min. z 10 bramek gości uzyskał 8! Klasa.
Drugi bohater wieczoru to 25-letni Michał Zołoteńko, wychowanek Sambora Tczew. W drugiej części 6 trafień (ostatnie 3 gole dla Wisły), wszystkie w najodpowiedniejszych chwilach. Często ryzykował, rzucając po kilku sekundach ataku. Gospodarze po przerwie złapali aż 5 wykluczeń 2 min., ale doskonale sobie radzili w osłabieniu. Za każdym razem zdobywali gole, raz nawet 2.
Nafciarze lepiej wytrzymali próbę nerwów, choć tak naprawdę tytuł mistrzowski (trzeci w historii) odzyskali dzięki dwóm wygranym w Kielcach. Cztery sukcesy w sezonie z Vive dobitnie potwierdzają, kto był tym razem lepszy.
- 1
- Multimedia
- Doping z meczu Wisła Płock - HSV Hamburg

- 2
- Głosowanie
- Wybierz zawodnika meczu Wisła - Azoty
- 3
- Kibice
- Zapisy na wyjazdy do Constanty i Zabrza
- 4
- Galeria
- Wisła Płock - Azoty Puławy (37 zdjęć)
- 5
- Typer
- 17. kolejka Superligi | 8. kolejka LM


8. kolejka LM
HCM Constanta

vs.
Wisła Płock



Zawodnik grudnia
Marcin Wichary
28% głosów
Marcin Wichary
28% głosów
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą wybierać zawodnika miesiąca!

- Strona istnieje od 2857 dni
- Użytkowników online: 1
- Gości online: 26
- Newsów w serwisie: 1496
- Zarejestrowanych użytkowników: 1581
- Najnowszy użytkownik: big l


| 1. | Vive Kielce | 32 | 606-399 |
| 2. | Wisła Płock | 26 | 477-406 |
| 3. | Stal Mielec | 19 | 460-458 |
| 4. | MMTS Kwidzyn | 18 | 427-428 |
| 5. | Azoty Puławy | 16 | 410-406 |


| 1. | Michał Kubisztal | 78 |
| 2. | Christian Spanne | 48 |
| 3. | Adam Wiśniewski | 42 |
| 4. | Nikola Eklemović | 42 |
| 5. | Kamil Syprzak | 41 |














